Witaj 2018

7 stycznia 2018

Dzień dobry,

mamy już rok 2018, a to oznacza, że minęły 2 miesiące odkąd ostatni raz tutaj byłam. Czemu mam wrażenie, że było to wieki temu? Może dlatego, że od tego czasu tak wiele się zmieniło… Znów mieszkam sama (czy wiesz o tym, że nie mieszkałam przez jakiś czas?), jestem w trakcie walki z uzależnieniem, przeszłam mononukleozę…

Piszę to wszystko siedząc za biurkiem pracowniczego komputera, w miejscu do którego kiedyś dążyłam, a teraz jest mi obce. Praca biurowa jest przyjemna, ale mam wrażenie że zmiany które nadeszły wraz z zimą sprawiają, że czuję się coraz mniej komfortowo.

Terapia substytucyjna od uzależniania od opiatów i opioidów, którą prowadzę, idzie swoim torem. W głębi serca mam wrażenie, że to jedna wielka farsa, bo przecież czy można leczyć się, codziennie wstrzykując sobie kolejną dawkę trucizny? Trucizny, która nie może przenieść mnie już w gwiazdy… Już nigdy ni nie będzie takie samo – heroina wydaje się jałowa i zimna, a nie ciepła jak dawne wieczory oksykodonowe. Lorazepam łykam na potęgę, a jednak mimo to noc potrafię spędzić bezsennie. Stałam się martwą kukłą, lekomanką, pół-aktualną heroinistką, chorą z lęku dziewczynką.

Kobietą. Chyba przez ten czas stałam się kobietą. Nawet przymykając oczy widzę moje styrane tępymi igłami dłonie. Pomalowane na krwistą czerwień paznokcie śmigające po klawiaturze. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek powstrzymam się od ich obgryzania? A jednak.

Czasem bywam i kochanką. Nie jest to to samo stadium co kiedyś – bo kiedy myślę o sobie nagiej wyginającej się w łuk, nie czuję już żadnego zażenowania, a raczej pustkę. Pustkę z tlącym się podnieceniem na krańcu kręgosłupa, lędźwi. Widzę siebie, jakby z daleka. Umięśnione plecy, które mnie okrywają zmuszając do słodkiej uległości.

Nie jestem już krzywdzona, chociaż sama się krzywdzę. Pozwalam sprawiać sobie ból, ale sądzę, że powoli uczę się samodzielności, a więc i brania odpowiedzialności za własną krzywdę. Nie ronię łez, tylko patrzę pusto w ścianę.

Czy marzę o kwaśno-gorzkiej makowej truciźnie? Bogowie, każdego dnia! Głaszczę swoje zapadnięte żyły i marzę, że przyjdzie taki dzień, gdy uniosę się do chmur i już tam zostanę. Pośród krwistych maków i zabójczego ciepła ogarniającego moją głowę. Najchętniej w tej chwili rzuciłabym się w otchłań fentanylu. Rwała garściami obrzydliwą zwyczajność dhc, a potem wyrywała włosy od przypływu histaminy. Wciąż to kocham.

I to wciąż mnie zabija.

Moja wątroba przeszła swoje małe piekło, ale w przeciwieństwie do żył, serca czy płuc – ocalała. Moje wyniki są już w normie, a nocą nie zwijam się bólu. Wygląda na to, że jeszcze pożyję, o ile nie zabije mnie tętniak, którego wróży mi mój nowy magik substytucyjny. Skubany, trochę sobie liczy, ale przynajmniej mam zapewnioną comiesięczną dawkę seksistowskich komentarzy o moich zgrabnych nóżkach i solidną dawkę buprenorfiny na każdy dzień.

Tak sobie radzę. Tak prowadzę swój marny żywot. Dzień za dniem. Licząc że cokolwiek się zmieni. Licząc na ocalenie.

Komentowanie zostało wyłączone.